Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hotel Europejski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hotel Europejski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 lutego 2014

dzień za dniem

Szanowni czytelnicy "Dziennika spisanego w cieniu szkieletora". Wychodząc na przeciw Waszym oczekiwaniom jak również z chęci jeszcze lepszego promowania wiedzy o naszej Dzielnicy Wesołej prezentujemy nowy stały dział - "dzień za dniem". Będzie on ukazywał w formie zdjęć lata minione sprzed dnia założenia bloga, czyli sprzed kwietnia 2009 r. Prezentowane będą z perspektywy fotografów amatorów jak i prawdziwych profesjonalistów. Będziemy odbywać podróż w przeszłość przenosząc się w czasie do tego samego dnia, który mamy obecnie. Zmienną będzie jedynie rok.

Zatem...

6 lutego 2004 r. - piątek


Przystanek tramwajowo-autobusowy przy ul. Lubicz. Tramwaj linii "15" zmierza do pętli Cichy kącik. Brak śniegu oznaczać może nadejście wczesnej wiosny bądź chwilową odwilż. Brak ruchu samochodowego i pieszego wskazywać może na późne godziny wieczorne lub wczesne ranne. W tle Hotel Europejski i wielki neon nieistniejącej już sieci telefonii komórkowej - Idea. Warto zaznaczyć, że fotografia prezentuje układ jezdny jak i sam przystanek jeszcze przed przebudową. Obecnie mamy tylko jeden pas ruchu do skrętu w prawo jak i do jazdy na wprost, a przystanek ulokowany jest na wyskie na środku jezdni.

czwartek, 23 sierpnia 2012

przegląd prasy


Gazeta Wyborcza 22.08.2012

Kilka dni temu zakończył się remont przejścia podziemnego łączącego plac Jana Nowaka Jeziorańskiego z krakowskimi Plantami. Nowy trakt pieszy przyciąga uwagę mieszkańców i turystów odwiedzających nasze miasto. Zachęca do przechodzenia i kusi ładnymi witrynami sklepów potencjalnych nabywców. Nie ma tu już półmroku, zaniedbanych budek z obuwiem, zdewastowanych znaków określających kierunek marszu i pseudo górali sprzedających brudne oscypki prosto z koszy postawionych na ziemi lub wprost z kieszeni spodni. Teraz jest po prostu ładnie i schludnie.

Niektórzy powiedzą, że taki zabieg odrestaurowania przejścia podziemnego i wybudowanie nowych pawilonów handlowych nie był dobrym ruchem. Wezmą oni w obronę sporą część osób, które wcześniej sprzedawały swe produkty w poniszczonych budkach, a teraz nie mają za co wynająć nowych pomieszczeń. I być może mają oni rację, chociaż wciąż przechodząc tą drogą można kupić zarówno torebki jak i buty. Co prawda mogą to być nowi najemcy lokali usługowych, ale z punktu widzenia potencjalnego klienta nic poza ładniejszym wnętrzem się nie zmieniło. Wciąż można polecić to miejsce wszystkim szukających okazji cenowych i lubiących dokonywać zakupów na świeżym powietrzu. Pozostaje tylko jeden problem, jaki podać adres komuś, kto nie mieszka w centrum lub jest spoza Krakowa.

Istnieje co najmniej kilka możliwości: tunel pod ulicą Basztową, Lubicz, Pawią lub Westerplatte, przejście podziemne łączące dworzec z Plantami, itp. itd. Stąd nasuwa się pytanie, czy miasto nie powinno nazwać w jakikolwiek sposób tego terenu, aby ułatwić mieszkańcom i przyjezdnym komunikację? Skoro mamy kładkę Bernatkę, to czy nie możemy mieć tunelu "Europejskiego" od pobliskiego hotelu, lub "Wołodkowiczów" od znajdującego się obok pałacu, w którym mieści się poczta. Zwarzywszy na planowane zmiany w nazewnictwie przystanków MPK w rejonie Dworca Głównego moment na wprowadzenie nowej nazwy jest wręcz idealny i od razu rozwiązuje obydwie kwestie. Mamy nazwany tunel, będący przejściem podziemnym i wprowadzamy do rozkładów jazdy komunikacji miejskiej zupełnie nowy przystanek, np. „Pasaż smoczy”, od legendarnego już Baru Smok.

Mamy również nową atrakcję turystyczną, będącą zagadką godną „Kodu Leonarda Da Vinci”. Gdzie zniknął „Dworzec Główny” oraz kiedy wykopano nowy tunel w Krakowie i to w samym centrum. W ten oto sposób miasto mogłoby upiec nie dwie, ale aż trzy pieczenie na jednym ogniu. Do tego w bardzo krótkim czasie, co w Krakowie nie zdarza się nader często (wystarczy popatrzeć w stronę „szkieletora” znajdującego się przy Rondzie Mogilskim).

poniedziałek, 27 lutego 2012

przegląd prasy


Dziennik Polski 27.02.2012

Jeszcze nie wszystko jednak stracone, gdyż w naszym kraju wybuchła moda na ratowanie "świecących napisów" z dawnych lat. Czy dotrze ona także do Krakowa?

W najlepszym dla neonów okresie, czyli w latach 60. i 70. minionego wieku, niemal każdy sklep, kawiarnię, bibliotekę czy dom handlowy ozdabiały świecące litery. Najbardziej reprezentacyjne miejsca miasta spowijało do kilkuset metrów (sic!) rurek wypełnionych neonem i argonem. "Jubilatka", "Tkaniny", "Ciżemka", "Filatelistyka" czy hotele - przykłady można mnożyć.

Większość od dawna nie świeci. Znikają jeden po drugim, często razem z budynkami. Tak los mógł spotkać neon (a raczej jego pozostałości) ze słynnego baru "Smok" w okolicach krakowskiego Dworca Głównego. Resztki metalowej konstrukcji miały zostać zniszczone w 2004 roku, ponieważ napis "nie stanowi dobra kultury podlegającego ochronie". Wspólna komisja miasta i inwestora uznała, że emblemat reklamowy wiszący na barze znajduje się w bardzo złym stanie technicznym. W końcu magistratowi - pod wpływem opinii publicznej - udało się znaleźć firmę, która zdemontowała napis.

Problem w tym, że po kilku latach nikt nie jest w stanie nam powiedzieć, gdzie się teraz znajduje "Smok". Od kilku dni próbujemy bezskutecznie to ustalić. A tymczasem to jeden z najcenniejszych przykładów neonów krakowskich. Zaprojektował go Adam Marczyński, profesor krakowskiej ASP, związany z Grupą Krakowską.

Więcej szczęścia miał neon kina Wanda przy ul. Gertrudy, które przegrało rynkową walkę z multipleksami. Ponieważ fasada (wraz z napisem) uznana została za zabytek - neon przetrwał.

Do projektowania "mówiących świateł" zatrudniano znanych artystów, m.in. Tadeusza Gronowskiego czy Eryka Lipińskiego. Często łamali oni kanony, eksperymentowali z liternictwem. Świecący napis PZU miał wyrażać stabilność, a "Koleje Radzieckie" - ruch i szybkość. Stary neon hotelu Cracovia - napisany czcionką szeryfową, podobną do maszynowej - miał kojarzyć się z elegancją i nowoczesnością, a litery z napisu "Hotel Europejski" miały mieć w sobie posmak dawnego luksusu.

W kontekście historii napisu z baru "Smok" na ironię zakrawa fakt, że neony z czasów PRL-u przeżywają właśnie drugą młodość, która zaczęła się od... akcji artystycznej!

Paulina Ołowska w maju 2006 roku zorganizowała happening i odrestaurowała neon "Siatkarka", projekt znanego grafika Jana Mucharskiego z 1960 r. Później artystka odtworzyła na potrzeby wystawy w Kunsthaus w Grazu nieistniejące już "świecące napisy" Warszawy.

Z kolei niedawno w Bunkrze Sztuki, oglądaliśmy neon "Nowe życie" na wystawie "Nadzwyczaj (nie)udane dzieło" Elżbiety Jabłońskiej. To pochodzący z lat 70. napis znaleziony przez artystkę w podbydgoskiej wsi. Kiedyś świecił w... pegeerze.

- W latach 90. wszystko, co kojarzyło się z PRL-em, było skrzętnie niszczone - jako wstydliwy dowód podporządkowania się systemowi. Przez to doświadczenie wiele osób nie dostrzega, że w tamtych latach mieliśmy naprawdę dobre wzornictwo, nowoczesne. Neony są tego najlepszym przykładem - twierdzi Tomasz Fudala, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, które do swoich zbiorów włączyło neon stołecznego kina Skarpa jako przykład wzornictwa lat 60. ubiegłego wieku.

Twórców nie krępowały żadne przestrzenne ograniczenia - świetliste napisy mogły mieć wysokość kilku pięter! Neony powstawały wraz architekturą budynków jako ich harmonijne uzupełnienie. - Dzisiaj zatraciliśmy respekt dla nadzoru architektonicznego nad miejską przestrzenią. Jesteśmy atakowani przez nachalne reklamy z każdej strony. I tu czegoś mogą nas nauczyć stare neony - zaznacza Tomasz Fudala.